Hufiec ZHP Białystok im. hm. Stanisława Moniuszki

Chorągiew Białostocka
Bazy Hufca: Borki | Stańczyki
Związek Harcerstwa Polskiego Kontakt Login

Relacja z rajdu Śladami Powstańców Styczniowych

18.032014



Zapraszamy do rajdowych wspomnień przedstawionych w zwycięskiej relacji w konkursie organizowanym przez ZPI.

Pierwsze miejsce należy do dh. Tomasza Andrzejewicza z 59 BWDW. Gratulujemy weny, poczucia humoru oraz niezapomnianych przygód.

 

phm. Hanna Domurat
Szefowa ZPI

 

Relacja BDW na próbie J, Buczek

Relacja dh. Karoliny Boczoń 34 BDH

Komenda hufca 

Relacja z Rajdu Powstańców Styczniowych 2014 - Tomasz Andrzejewicz(59 BWDW)

   ...

Po dotarciu na punkt startowy, co biorąc pod uwagę naszą wodniacką orientację w terenie już samo w sobie stanowiło pewne wyzwanie, wypoczęci i ochoczy stanęliśmy w zwartym szeregu, by za chwilę ruszyć śladem doskonale się zapowiadającej przygody.

   Po drodze nie omieszkałem, jako, że byłem dzierżycielem wspaniałego przybytku współczesnej techniki, jakim jest aparat fotograficzny, poczynić kilku fotografii z zaskoczenia, z ręki i  innych dziwnych lokalizacji. Czas mijał nam bardzo szybko i nim się spostrzegliśmy, że właśnie docieramy do pierwszego punktu, musieliśmy zawrócić, gdyż owy punkt okazał się punktem drugim, co pomijając nasze Czumbowe niewątpliwie wysokiej klasy umiejętności topograficzne było efektem poprzestawiania drogowskazów przez pracowników Lasów Państwowych prowadzących w tamtym rejonie wycinkę drzew. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko zawrócić, by idąc na przełaj, zaskoczyć niczego się nie spodziewającego druha punktowego, który zapewne spodziewał się nadejścia kolejnego patrolu z zupełnie odmiennej strony lasu.

   Pierwszym zadaniem, które nam powierzono okazało się teoretycznie bardzo proste przetrząsanie lasu w poszukiwaniu min przeciwpiechotnych i snajpera. Co w tym trudnego? No właśnie. Po szybkim przeszkoleniu pewnie ruszyliśmy naprzód. Jak się po chwili okazało miny okazały się być nieco sprytniejsze od naszych tropicieli i znalazły nas nieco szybciej. Po chwili wszystkie leśne martwe głodomory ruszyły nie kryjąc niezadowolenia w stronę ogniska gdzie grzała się konserwa druha punktowego oraz oczekiwały na nas nasze plecaki z prowiantem. Na miejscu zastaliśmy emanującego radością psa, który niewątpliwie wywęszył prowiant druha punktowego i zaraz gdy nas zobaczył dokonał profilaktycznie taktycznego odwrotu w stronę leśnych szuwar w celu dokończenia aktu konsumpcji owej konserwy. 

   Po kilku chwilach na zapełnienie deficytu białka w żołądkach, ruszyliśmy w dalszą drogę, doznaliśmy dejavu, kierując się dobrze nam znaną trasą, prowadzącą do punktu drugiego... Czas również mijał bardzo szybko, gdyż kwiat atmosfery dobrego humoru i wszechobecnych dowcipów dopiero rozkwitał. Zmęczenia jeszcze nie czuliśmy i nikt nie mógł doczekać się kolejnego punktu naszej wędrówki. 

   Na miejscu przywitała nas Rosjanka, która tłumacząc wszystkim przechodzącym, że wraz ze swoimi kamratami ukrywa się w tym lesie przed Polakami poprosiła nas o znalezienie w pobliskich szuwarach tajemnego listu. Czy można odmówić niewieście w potrzebie? Można, ale jak ta niewiasta rozdaje punkty to się zwyczajnie nie opłaca, więc poddaliśmy się poprzedzającym nasze zadanie zabiegom krępowania nas linami po 2 osoby i to jeszcze plecami do siebie, gdyż prawdopodobnie znudzeni przesiadywaniem w gąszczu Rosjanie potrzebowali rozrywki, a gdzie szukać rozrywki jak nie w związanych ludziach, próbujących się w miarę składnie poruszać przez pole wyciętych pni... Mieliśmy chwilkę na obmyślenie strategii. Wraz z kolegą Andrzejem wpadliśmy na genialny pomysł. Jak czołg T-75, oby do celu. Tak też zrobiliśmy. Wyrwaliśmy szarżą do przodu by jako pierwszym odnaleźć list. Tratowaliśmy przeszkody, nikt się nie przejmował niewygodą swoją i kompana... do czasu, gdy stopa Andrzeja przypadkiem natrafiła na rów, w którym to zakończyliśmy nasz wyczyn w towarzystwie tumana kurzu i leśnej flory. Nie zrażeni tym faktem podnieśliśmy się z gracją krociowija i wyrwaliśmy do przodu raz jeszcze. Tym razem nieco ostrożniej. Po chwili znów przodowaliśmy i dostrzegliśmy list, który chyłkiem znalazł się w naszym posiadaniu. Jak zwykle jednak Czumby nie zrozumiały wytycznych zadania i w drodze powrotnej przygarnęliśmy pod swą pieczę jeszcze jeden list, który jak się później okazało przewidziany był dla kolejnego patrolu.

   Po zadaniu zakończonym niewątpliwym podwójnym sukcesem otrzymaliśmy w nagrodę duużo punktów oraz ów tajemniczy list, po czym odmeldowawszy się podążyliśmy ścieżką, prowadzącą do wrót kolejnego przystanku.

   Pojawiło się pierwsze zmęczenie, ale nikt się tym specjalnie nie przejął. Idąc wzdłuż ścieżki rowerowej, prowadzącej do wioski dewagowaliśmy na różne tematy egzystencjalne, co znacznie umiliło podróż i pozwoliło zapomnieć o pojawiającym się bólu nóg. Po dotarciu do wioski, gdzie zlokalizowany powinien być kolejny punkt, ale jakoś nie mogliśmy go dostrzec usłyszeliśmy głuchy śmiech dochodzący zza krzaków. Zwróciło to naszą uwagę i jak się okazało - dobrze się stało, bo dzięki temu nie pogłębiliśmy swojej wiedzy najskrytsze tematy przetrząsanej wioski poprzez dalsze penetrowanie jej zakamarków w poszukiwaniu felernego przystanku.

   Zadanie na tym punkcie było czysto teoretyczne, co jak się przekonaliśmy nie było synonimem słowa "łatwe". Musieliśmy podać dziesięć sposobów na określenie kierunków świata... pomijając kompas i GPS... A to początkowo były jedyne możliwości, jakie przyszły nam do głów. W końcu jednak wymęczyliśmy to przyprawiające mózg o zapłon zadanie, podając kilka sposobów na wykorzystanie tej samej zasady fizycznej, ale w odmiennych sytuacjach. Druh punktowy nie był zachwycony, ale chcąc nie chcąc musiał wystawić nam zasłużoną liczbę punkcików.

   Opuszczając tą stację myśleliśmy już tylko o jednym... Oczami wyobraźni widzieliśmy już kadź z grochóweczką i bohaterskiego dzierżyciela warząchwii, który nalewa nam porcję przepysznej strawy z kiełbaską... Ale bańkę marzeń czas przekłuć, bo przed nami kolejne ostatnie zadanie na drodze do spożywczego spełnienia... 

   Przemierzając czeluści Supraśla natknęliśmy się w centrum na dwie druhenki, które ewidentnie tworzyły jakiś punkt programu, którego na naszej mapie nie było, ale zawsze warto sprawdzić każdy trop. Dowiedzieliśmy się, że jest to punkt trasy zuchowej, a że mentalnie jesteśmy zuchami podjęliśmy niesłychanie trudne wyzwanie na nas, albo raczej nie na nas tam czekające. Zabawiliśmy się w łączników. Dostaliśmy polecenie zakodowania ostrzeżenia, iż "WRÓG NADCHODZI ZE WSCHODU". Zabraliśmy się do pracy i po kilku dłuższych chwilach zanieśliśmy gotowy meldunek. Efekt pracy był nieco odmienny od zakładanego i ewentualny odbiorca został by ostrzeżony o niesłychanym zagrożeniu ze strony "DRUHNY SCHODZĄCEJ ZE SCHODÓW", ale i tak dostaliśmy cukierki, więc czym prędzej ulotniliśmy się w kierunku naszego ostatniego punktu, nim nasz sabotaż zostanie zdemaskowany.

   Niedługo po tym natrafiliśmy na kolumnę młodszych harcerzy, co sprowokowało nas do śpiewu, a na czele repertuaru znajdowała się piosenka, rozpoczynająca Smerfy:

"Hej dzieci, jeśli chcecie zobaczyć Smerfów las...", co wzbudziło nieliche poruszenie wśród przekonanych o swej dorosłości i powadze przedstawicieli młodego pokolenia. No bo jak to można nas tak dziecinnie traktować? :)

   Niebawem byliśmy już na właściwym punkcie, który to jako ostatni stał nam na drodze do ciepłego posiłku. Posiłek jednak przyszedł do nas w pewnym sensie sam, gdyż na ostatnim punkcie wymagano od nas rozpalenia samodzielnie ogniska, co nie leży wbrew powszechnym przekonaniom o rozpalaniu ognisk na pokładzie jachtu, no bo przecież tak dużo drewna na około, do codziennej praktyki wodniaków. Na domiar złego  polecono nam wytworzenie tworu plackopodobnego z mąki, soli i sody oczyszczonej. Jako naczynie otrzymaliśmy zaledwie arkusz folii aluminiowej. I jak tu się do tego zabrać? W tym momencie ktoś przypomniał sobie, że przecież mamy list! Może tam znajduje się coś przydatnego. Po otwarciu listu napisanego - o zgrozo - w mowie naszych wschodnich sąsiadów, Andrzej, jako człowiek w owej mowie obeznany oznajmił, że list ten zawiera przepis na placek. Zabraliśmy się więc do dzieła. Zapytałem kto zrobi ciasto. Od razu zgłosiła się Karolina - jedyna dama w naszym patrolu, która jak twierdzi wyznaje naturalną zasadę płciowego podziału obowiązków. Ja z Andrzejem poszedłem na poszukiwania kamienia, który włożony do ognia miał tworzyć swoistą patelnię, a reszta zajęła się rozpalaniem ognia. Po około 5ciu minutach wróciłem, będąc w posiadaniu doskonałego efektu działania procesów skałotwórczych przed milionami lat. Ogień był już wystarczający, by rozpocząć smażenie. Z Folii ugnietliśmy miniaturowy garnek, w który z termosu przelaliśmy gotowe ciasto, gdyż termos posłużył nam za idealną wręcz miskę ku niezadowoleniu jego właściciela. Efekt końcowy tych zabiegów wołał jedynie o wymazanie tej porażki gastronomicznej z kart historii i pamięci wszystkich tam zgromadzonych, a szczególnie druha punktowego, który miał obowiązek spróbować wypieku, celem dokonania słusznej oceny. 

   Na zakończenie wykonaliśmy pamiątkowe zdjęcie z punktowym, którego mina nadal zdradzała wspomnienie o ostatnim posiłku, po czym żwawym krokiem ruszyliśmy w stronę obozu, gdzie w milczeniu spałaszowaliśmy długo wyczekiwany obiad i po uroczystym apelu rozjechaliśmy się do domów, zmęczeni, ale też szczęśliwi z przeżycia tak wspaniałej przygody.

Facebook

Warto zajrzeć

1% Podatku - 100% Możliwości

Ehufiec

Kalendarz

Baza harcerska w Borkach

Baza harcerska w Stańczykach

Program Pracy Hufca